KTG. Nie robią tego w enel-medzie, gdzie szczęśliwie chadzam i cudnych warunkach przeżywam ciążę swą z beznadziejną panią doktor. Trzeba do szpitala. Najlepiej tam, gdzie ma się zamiar rodzić, bo po tym badaniu może się okazać, że trzeba już będzie w szpitalu zostać (co mi się zresztą przytrafiło za pierwszym razem i przez przypadek wylądowałam w traumatycznym szpitalu bródnowskim). Dobra, niech i tak będzie. Jadę na Madalińskiego.
Kolejka do rejestracji. A właściwie dwie - jedna dla ciężarnych. Tak samo długa. Trzeba stać. Krzesła wokół zajęte. Stoję. Przede mną brzuchy, za mną brzuchy. Rozmaite wielkości, matko, nigdy nie widziałam tylu różnych brzuchów w jednym miejscu. 20 minut. - Pani pójdzie do gabinetu nr 4, tam się zapisuje na KTG. Aha, 20 minut stania bez sensu. Idę.
W gabinecie nr 4. - Skierowanie. Ale tu nie jest napisane dlaczego mamy robić to KTG. Tłumaczę. - Duże dziecko mam, pierwszy poród miałam z tego względu wywoływany. - Ale tu nie jest napisane. I to nie jest skierowanie od naszego lekarza. - No nie jest, ale powiedziano mi, że nie musi być od waszego. - Ja panią zapiszę na KTG w pani terminie. Czyli za tydzień. - A nie można dziś? Albo jutro? - Można dziś. Pani będzie jako druga poza kolejką. Jak się okaże, że ktoś nie przyszedł, to pani wskakuje na jego miejsce. Będę wywoływać. - A jest szansa? - A jest. Uff. A jednak. Tak cierpliwie na tym krzesełku posiedziałam i jakoś się udało. Ok, to przed gabinet. Za 5 minut pani wywołuje, kogoś nie ma. Idzie pierwsza bez kolejki. Kolejne 5 minut - nie ma następnej. Wchodzę. Git, szybka akcja.
Podłączają mnie, leżę sobie, serca dzieci biją - aparaty do KTG są 3. Wchodzi na badanie moja koleżanka, tydzień po terminie - robi się jeszcze przyjemniej. Do czasu. - Teraz z tym badaniem do lekarza, żeby przeczytał. Gabinet nr 7. - Tam gdzie taki tłum największy? Tam.
Idę. Tłum. Nie wiadomo kto gdzie. Laski z brzuchami i z maluchami. Sajgon. Przede mną 5 osób. Tylko? - 2 godziny stania - mówi koleżanka, która chodzi tam regularnie i dobrze się orientuje. Głodna. Jemy w barku. Czas miło płynie. Sama bym tam zwariowała w tym tłumie. Do czytania KTG nie ma odrębnego lekarza, wchodzi się w kolejkę zapisanych pacjentek. Bez sensu. 14.30 lekarz stwierdza, że juz nie ma siły, już miał dziś 40 pacjentek i nie wyrobi więcej. Wślizguję mu sie do gabinetu. Klapie w komputer. - KTG idealne. Moim zdaniem nawet na nie nie spojrzał. Ale może on tak umie bezwzrokowo? Zapisuje mnie na następne - 16 sierpień. - A ja mam termin na 13? - Ale to jest proszę pani długi weekend. - I co, lepiej wtedy nie rodzić? Po raz pierwszy na mnie patrzy. Uśmiecha się. - Lepiej nie.
Wychodzę. Mam farta - mam z głowy. Koleżance musza powtórzyć KTG, bo się dziecko nie chciało ruszać. Na izbie przyjęć. A tam młyn i kocioł, wszyscy chcą rodzić. Pisze mi później, że wyszła stamtąd o 20.30. Spotkałyśmy się kilka minut po 12.00. Moje 3 godziny pod gabinetem to pikuś.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz