Lekarz w przychodni ze śmierdzącej pod niebiosa wykładziną dywanową spojrzał obojętnie na wyniki testu moich sików
- Jest Pani w ciąży – zawyrokował.
- Jest Pani w ciąży – zawyrokował.
Tyle to i ja wiedziałam. Ale co dalej?
- Za tydzień spotka się Pani z położną, tu, w przychodni. Ona Pani wszystko powie.
I tyle, do widzenia. Żadne USG, żadnego wywiadu, żadne – jak się Pani czuje. Normalka. W Anglii ciąża to nie choroba.
Spotkania z położną nie doczekałam. Wychodząc z metra, po całodziennym załatwianiu Bardzo Ważnych Spraw w centralnym Londynie, poczułam, że mi mokro. Tam. 10 minut później, we własnej toalecie, inspekcja kałuży krwi nakazała mi wziąć męża pod pachę i jechać do najbliższego szpitala (Whittington Hospital, północny Londyn). Wiktoriański gmach, labirynt korytarzy, nie wiadomo dokąd iść. Pusto, bo już po godzinach. W końcu trafiamy tam, gdzie trzeba. Cisza, żywej duszy. Po 20 minutach zjawia się radiograf (to ten paramedyk od USG). Bierze mnie do gabinetu, czujnik na brzuch, sprawdza o co cho. W moim plaskim brzuchu telepie sie jakas fasolka. A w fasolce razno pulsuje cos, co bedzie za jakis czas sercem.
Pani wyrokuje, ze na razie wszystko jest OK i ze za dwa dni mam sie stawic z wizytą na oddziale ciąży zagrożonej. Do widzenia.
- A ten krwotok?
- To sie zdarza i nikt nie wie dlaczego. Na tym etapie (piąty tydzień) wszystko sie jeszcze moze zdarzyc.
- A ten krwotok?
- To sie zdarza i nikt nie wie dlaczego. Na tym etapie (piąty tydzień) wszystko sie jeszcze moze zdarzyc.
Za dwa dni stawiam się tam, gdzie mi kazano. Atmosfera jakby lepsza. Ktoś się czymś przejmuje. Bo ja rozumiem, że ciąża to nie choroba, ale jak to moje pierwsze dziecko, to trudno do tego podchodzić na kompletnym luzie. W Polsce 30 razy by mniej już prześwietlali, dopytywali się. Tu chyba wychodzą z założenia, że przed trzecim miesiącem nie warto sobie głowy zawracać. Obiecuję sobie wrzucić na luz. Nie mam innego wyjścia.
Miła pielęgniarka robi ze mną szczegółowy wywiad, pyta jak się czuję, jak sobie radzę. Mam ochotę się rozryczeć, ale zbieram się do kupy. Ona mnie mierzy, waży, spisuje historię. Wypisuje skierowanie na rutnowe, darmowe, badanie prenatalne (zespół Downa, kilka innych wad genetycznych, spina bifida, takie tam), pobiera krew. Krwotok się powtórzył? Nie. To zapraszamy na USG w 12 tygodniu ciąży. Daje mi numery telefonów przychodni położniczych (mam się sama umówić z położną). Niech Panie bierze kwas foliowy. Biorę. To super, do widzenia.
Przez kolejne półtora miesiąca nie widzę nikogo, bo klinika położnicza doszła do wniosku, że się nie pali. Mogę jeszcze poczekać. Czekam. Idę na USG, w środku mnie pływa raźnym crowlem krewetka. Kończyny ma, głowę ma. Poza tym jest krewetką. Biorę wydruk zdjęcia. Mija kolejne półtora miesiąca, zmieniam mieszkanie, zmieniam przychodnię. Dzwonię, żeby się umówić z położną. Wreszcie się udaje. Stawiam się, poznaję kobitę. Gadamy, żartujemy. Wszystko OK? OK. To do zobaczenia za miesiąc.
21 tydzień, kolejne USG w szpitalu. Ostatnie, bo jeśli nic złego się nie dzieje, to tyle przysługuje z ramienia służby zdrowia. Krewetka wygląda trochę jak człowiek. Nie pływa, ale powierzguje. Chłopak. Fajnie. I tak wiedziałam, że chłopak. Zdjecie skanu można sobie wydrukowac za opłatą. Dwa funty. Nie drukuję, bo nie mam drobnych.
Każde kolejne spotkanie z położną (w mojej lokalnej przychodni) to śmiech na sali. Tak tak, wszystko w porządku, dobrze się czuję, gra gitara. Oddaję próbkę sików, daję sobie zmierzyć ciśnienie, pomacać bebech. Za każdym razem spotykam się z kim innym. Czy jest szansa, że choć raz spotkam tę samą osobę dwa razy? Jakąś więź nawiążę?
- Tego nie jestesmy w stanie zgwarantować.
- Tego nie jestesmy w stanie zgwarantować.
Fair enough.
W szpitalu pojawiam się jeszcze przed porodem trzy razy. Raz na KTG. Banda studentów ogląda mój rozwierzgany brzuch, ktoś daje mi kanapkę na lunch. Ku uciesze gawiedzi brzuch przestaje wierzgać. Trawi.
Drugi raz stawiam się, bo położna stwierdza, że mam za wysokie ciśnienie. Ostatni raz - na obchodzie oddziału położniczego, na którym przyjdzie mi rodzić.
Grupka ludzi z niepewnymi minami czeka na recepcji porodówki. Kobiety w różnym stanie wzdęcia, jedne z partnerami, inne bez, któraś z matką. Przechodzimy przez położniczy, gdzie ląduje się przed porodem (łóżka oddzielone kotarami, atmosfera XIX-wiecznego ambulatorium. Czekam, aż przemknie w tle Florence Nightingale), przez samą porodówkę (wszystko lśni, nowoczesność, seledyn, drabinki, baseny) i przemykamy się chyłkiem przez oddział dla noworodków – tu ląduje się po udanym dostarczeniu ładunku. Staramy się nie oddychać, bo przecież ryzyko zakażenia. Większość matek leży z dziećmi w „kotarowych” pokoikach, czyli prywatność masz tylko wizualną. Jest kilka pokoi pojedynczych, za które trzeba zapłacić (chyba 50 funtów za dzień). Ktoś pyta, co mieści się w pokoju numer 8.
- To pokój dla mam, które straciły swoje dzieci – wyjaśnia pielęgniarka.
- To pokój dla mam, które straciły swoje dzieci – wyjaśnia pielęgniarka.
Wszyscy myślimy to samo: po cholerę zadawałeś, debilu, to pytanie?
W okolicach siódmego miesiąca przypominam sobie, że czytałam gdzieś o szkole rodzenia. Że jest za darmo. Z ramienia NHS. Wygrzebuję info w necie, dzwonię.
- Na kiedy ma Pani termin? Na koniec czerwca? Oj, trzeba było się zapisać pół roku wcześniej.
Jasne, szkoda, że nie przed poczęciem.
- Teraz nie mamy ani jednego miejsca. Cały północny Londyn rodzi w tym terminie. Ha ha ha.
- Na kiedy ma Pani termin? Na koniec czerwca? Oj, trzeba było się zapisać pół roku wcześniej.
Jasne, szkoda, że nie przed poczęciem.
- Teraz nie mamy ani jednego miejsca. Cały północny Londyn rodzi w tym terminie. Ha ha ha.
Ha ha ha.
- To co ja mam teraz zrobić? Ma pani jakiś pomysł?
- Może Pani pojechać na weekendowy kurs prywatny.
- To co ja mam teraz zrobić? Ma pani jakiś pomysł?
- Może Pani pojechać na weekendowy kurs prywatny.
Jasne, 400 funtów za tę przyjemność. Dziękuję, postoję.
- A poza tym na pewno da sobie Pani radę.
- Ma Pani na myśli to, że nie umrę przy porodzie? Też mam taką nadzieję. Dziękuję za pomoc. Bye!
- A poza tym na pewno da sobie Pani radę.
- Ma Pani na myśli to, że nie umrę przy porodzie? Też mam taką nadzieję. Dziękuję za pomoc. Bye!
No dobra, jeden temat z głowy. Nauczę się oddychać z książki.
Nadchodzi godzina zero, spóźniona o niemal dwa tygodnie. Upał nieziemski, środek nocy z soboty na niedzielę, bach – poszły wody. Dzwonię do szpitala. Skurcze są? Małe, ale coś jakby. Ale wody poszły. To proszę przyjeżdżać.
Dobrze, że znamy już teren, zajeżdżamy pod samą porodówkę. Starsza, irlandzka położna ładuje nas do pięknego pokoju pełnego gadżetów, żartuje z moim mężem, rychtując mu materac na podłodze (to pan tez jest z Cork? Ale numer!). Ja chcę spać, ale zaczynam się coraz intensywniej kurczyć. Pełznę jeszcze do kibla oddać ziemi efekt środka na przeczyszczenie. Kurczę się dalej.
- Boli?
- No boli, ale podobno tak ma być – zgrywam chojraka.
- Jeśli chcesz, to dam ci coś, co złagodzi ból.
- Jasne.
- Boli?
- No boli, ale podobno tak ma być – zgrywam chojraka.
- Jeśli chcesz, to dam ci coś, co złagodzi ból.
- Jasne.
Szkoda, że mi nie powiedziała, że chodziło o pethadine. Czuję się, jakbym się naćpała, we łbie samolot, żołądek pod językiem, a boli jak bolało. To ja już wolę sam ból. Po kilku godzinach ból sobie idzie i skurcze też. I co teraz?
- A tak się ładnie zapowiadało – żartuje położna. – Musisz się przenieść na położniczy i tam zobaczymy, co dalej. Do zobaczenia!
- A tak się ładnie zapowiadało – żartuje położna. – Musisz się przenieść na położniczy i tam zobaczymy, co dalej. Do zobaczenia!
Na położniczym ładują mi łapę wenflon, walą antybiotyk (bo dziecko już nie ma wód, więc jest ryzyko zakażenia) i mówią, że poczekają. Mogę iść na spacer, wszystko mogę, byle nie do domu. Upał jak na Saharze, na oddziale nie ma klimy. Wiatrak przytaszczony przez męża ratuje mi życie. Szlajamy się po pobliskim parku.
Przez cały dzień nic, przez noc nic. Mąż idzie do domu, bo przecież nie ma co więdnąć na szpitalnym fotelu. Rano przychodzi lekarz i ładuje mi dowipny czopek hormonalny. Przez niemal cały dzień nic. Po południu zaczynam się trochę kurczyć, wieczorem kurczę się tak, że ulgę przynosi tylko stanie obok remontowanego kibla, z głową na zimnej, kamiennej ścianie. Zaraz zdechnę. Wolę koło kibla, bo na oddziale wszystkie zaczęły rodzić na raz. Polka koło mnie wyje w niebogłosy, niech już ją stąd zabiorą, plis. Zabierają.
Na porodówkę trafiam dopiero koło 9 wieczorem, mąż stawia się w podskokach, instaluje się na fotelu i materacu po moim mniej wyględnym końcu. Dwie raźne położne z Ghany rzucają na mnie fachowym okiem i od razu wołają anestezjologa po epidural. („Wykończysz się dziewczyno, bo długa droga przed tobą”). Mi wszystko wisi, byle mniej bolało. Mam zaufanie do lekarzy, położnych, całej tej szpitalnej machiny. Nie boję się ich, nie mam paranoi, w szpitalach spędziłam kiedyś aż za dużo czasu. Niecierpliwie potakuję, kiedy anestezjolog odczytuje listę zagrożeń, podsuwa mi do podpisania papier. Nie, za to się nie płaci. Pół godziny później (skolioza nie ułatwia tego znieczulenia, kręgosłup będzie mnie napieprzał jeszcze kilka miesięcy) leżę owinięta rurkami i czujnikami i jest mi dobrze. Oksytocyna się leje, ja idę spać.
Rano zdejmują ze mnie znieczulenie.
- Pora przeć – wyrokuje fajny gin położnik. Wygląda jak starszy brat Harry’ego Pottera. W pokoju ze mną są już inne położne, bo zmieniła się szychta. Znów irlandzka brygada. Mąż wsuwa zaserwowane mu płatki śniadaniowe z widokiem na mój otwór rodny. Śniadanie mistrzów.
- Pora przeć – wyrokuje fajny gin położnik. Wygląda jak starszy brat Harry’ego Pottera. W pokoju ze mną są już inne położne, bo zmieniła się szychta. Znów irlandzka brygada. Mąż wsuwa zaserwowane mu płatki śniadaniowe z widokiem na mój otwór rodny. Śniadanie mistrzów.
Zderzenie z bólami partymi po nocy nieróbstwa szybko mnie budzi. Pionizują mi łóżkofotel, mogę się obracać, klękać, wypinać. Nic. Ponoć nie można przeć dłużej niż 45 minut. Po godzinie nic się nie dzieje, młodemu do nikąd się nie spieszy. Gin decyduje, że wracamy na znieczulenie, a on spróbuje młodego ze mnie wyssać „odkurzaczem”. Whatever. Po kolejnej pół godzinie prób staje się jasne, że ze ssawy nici.
- Albo spróbujemy kleszczy, albo cesarka.
- Albo spróbujemy kleszczy, albo cesarka.
Jeśli wezmą mnie na cesarkę po tylu godzinach mordęgi, chyba się zapłaczę.
Kleszcze poproszę. Mój mąż, lekko zielony, trzyma mnie za ramię tak, że zaraz mi złamie obojczyk. Myk – i za chwilę mam na brzuchu zakrwawione, podpuchnięte, lekko sine zwierzę z szopą czarnych włosów. Wszyscy dostają lekko histerycznego ataku śmiechu.
Zwierzę leży mi na cycu, kiedy chirurg mnie zszywa. Na wózku wiozą mnie na oddział noworodków, młody już we własnym, plastikowym pudełku. Zagląda pielęgniarka, pokazuje jak fachowo przystawić do piersi. Tyle, że ja nie mam jeszcze mleka.
- Poślij męża do sklepu bo mleko w proszku i butelkę. To duży chłopak i niedługo będzie głodny. Przystawiaj go, a jak ci pokarm spłynie, to odstaw butlę.
- Poślij męża do sklepu bo mleko w proszku i butelkę. To duży chłopak i niedługo będzie głodny. Przystawiaj go, a jak ci pokarm spłynie, to odstaw butlę.
To się nazywa praktyczne podejście.
Wpada inna położna, ma chyba 100 lat. Z Jamajki. Podśpiewuje pieśni ludowe, pokazuje mi jak młodego przewinąć, ubrać, wykąpać. Młody jest cały czas przy mnie, mogę go sobie wyjmować z pudła, kiedy chcę. Mam na niego oko.
W szpitalu spędzamy resztę dnia i noc. Nie mogę się doczekać, żeby być już we własnym łóżku, pod własnym prysznicem, bez gwaru sąsiednich noworodków i ich narzekająych matek, które odwiedzają całe rodziny. Rano wpada lekarz, ogląda po raz kolejny dziecię, ogląda mnie. Wypisuje nas do domu. Zanim zdążymy się zebrać, zagląda irlandzka położna – ta, która przyjęła mnie na porodówkę. Przyszła obejrzeć nasz nowy nabytek. Supermiło.
Znam lepsze sposoby na spędzanie długiego weekendu, ale tego raczej nie zapomnę. Wszyscy spisali się na medal. Za darmo. Bez łaski. Po ludzku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz