piątek, 27 maja 2011

Od lekarzy głowa boli

Czyli jeśli się tobą nie interesują za bardzo, to dobrze. Koleżanka mi opowiadała, jak strasznie wkurzały ja położne, które ciągle chciały pomagać jej rodzić, a ona, ponieważ rodziła już trzecie dziecko, kompletnie ich nie potrzebowała. Sama wiedziała co ma robić i czego chce jej ciało, a one tylko przychodziły i zawracały jej głowę gadaniem. Znowu inna, z porządną zakrzepicą, przez którą musiała leżeć w szpitalu przez pół ciąży, i to wcale nie na oddziale położniczym, przy porodzie też mogła liczyć na najlepszą opiekę pod słońcem - jej przypadek był tak rzadki, tak niebezpieczny (przede wszystkim dla niej), że każdy warszawski dr House chciał się nią zajmować, bo wyrywała ich z nudy i rutyny pracy codziennej. Metodę jej porodu opracowywali w najdrobniejszych szczegółach rozważając wszelkie za i przeciw tygodniami. Myślę, że jako przypadek mogła czuć się zaopiekowana, ale ciekawe czy jako człowiek również? Czy to, że ktoś się tobą dobrze opiekuje medycznie sprawia, że czujesz się lepiej?


Rok 2007, ja 33 lata, pierwsza ciąża. Chodziłam do lekarki z fundacji przy państwowym szpitalu, bo powiedziano mi, że w ten sposób wychodzę sobie miejsce na poród. Wychodziłam faktycznie. W czasie ciąży wysiadła mi tarczyca, co powodowało nieustające torsje aż do rozwiązania (ulubiona historia ciążowa mojego chłopaka - jak zarzygałam lustro u fryzjera przed Wielkanocą). Wizyty lekarskie były więc z częstotliwością trzech, czterech w miesiącu - każda płatna po 80zł. Ale muszę przyznać, że czułam się tam "zaopiekowana". Miałam też ubezpieczenie NFZ, tylko że zwyczajnie termin oczekiwania na wizytę był bardzo długi. Pewnie zakładali, że wszystkie ciąże są bezproblemowe i raz na 2 miesiące wystarczy zobaczyć, czy brzuch jest ok. Poród odbył się w tymże wychodzonym szpitalu państwowym na Woli. Zgłosiłam się w odpowiednim czasie odliczając prawidłowo skurcze i powołując na lekarkę prowadzącą ciążę - miałam już założoną kartę dzięki właśnie tej pani doktor. Nie miałam za to zaklepanej położnej i patrząc z perspektywy myślę, że to wcale nie jest konieczne. Mój poród odbierała wiolonczelistka, w sali pomalowanej na kolor moreli. A że okazało się, że coś jest nie tak w czasie porodu, miałam nad sobą wszystkich lekarzy dyżurnych, pomoc i anestezjologa niemal na życzenie. Potwierdza to regułę, że jak się tobą interesują w szpitalu, to powinnaś się martwić. Podłączona do ktg, z opłaconym znieczuleniem, po 13 godzinach urodziłam. Ponieważ dziecko słabło i traciło oddech w czasie porodu, zostało kompleksowo przebadane - prześwietlenia, krew, płuca, rentgen głowy. Niestety, nie powiedziano mi, że od razu zaaplikowano antybiotyk, nie uzgodniono tego ze mną. Nie zapytano ani mnie ani ojca, czy się zgadzamy. Na szczęście skończyło się dobrze. Było po ludzku za pieniądze w szpitalu państwowym.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz