Przeżyłam dwa porody. Normalne, naturalne porody na przestrzeni sześciu lat. W tym czasie okazało się, że wykonano olbrzymi wysiłek, by pchnąć całą szpitalna maszynerię ku normalności, choć pewnych spraw ustawami i akcjami społecznymi zmienić się nie da. Za pierwszym razem było strasznie. Najpierw wydeptywaliśmy ścieżki do upatrzonego szpitala, zrobiwszy wstępny rekonesans – gdzie jest miło, przyjemnie, gdzie można urodzić rodzinnie. To zaskakujące, że jeszcze sześć lat temu była to fanaberia, a teraz jest to już niemal norma, przynajmniej w Warszawie. Jako naiwna dwudziestojednolatka marzyłam o porodzie w wodzie, że niby będzie mniej bolało i może będzie przyjemniej. Oczywiście można się domyślić, że taka atrakcja nie była i nadal nie jest dostępna dla plebsu. Przygotowywałam siebie i swojego chłopaka na to, że jednak urodzimy razem, że będzie mnie trzymał za rękę, w miłym i przytulnym pokoju i potem jakoś to się ułoży. Pech chciał, że nasza pociecha postanowiła przyjść na świat w święta. Większość warszawskich szpitali zamknięta, oblężona, remontowana. W Naszym tłum rodzących i my. Zagubieni i niepewni, przybyliśmy po kilku godzinach od pierwszych regularnych skurczy. W rejestracji pani poczyniła zabawny żart z imienia naszego syna, lekarz wpakował mnie na fotel i choć pojękiwałam z bólu, sprawdzając rozwarcie palcami insynuował, że jest mi pewnie dobrze, co? Nie. Nie było dobrze. Potem przewieziono nas na salę przedporodową. Kilka rodzących, wszystgkie jęczą, wszystkie leżą, niektóre idą na drugą salę, rodzą, odjeżdżają. A ja leżę. Pielęgniarka z pretensją marudzi, że się nic nie dzieje, że się zatrzymało. Dalej leżę. Ani się napić, choć mija już około 10 godzin od wyjazdu z domu. O jedzeniu nie myślę, boli. Wciąż leżę, wciąż mają do mnie pretensje, że się szyjka nie rozwiera. Czuję się źle i samotnie. Mój mąż siedzi na korytarzu, do wizerunku amerykańskiego tatusia z lat 50-tych ubiegłego wieku brakuje mu tylko szluga w ustach. W końcu przenoszą mnie na salę porodową. Proszę o znieczulenie. Wkłuwają się w plecy, wlewają co trzeba. W rękę wlewają za to oksytocynę. Kolejne godziny leżenia. Jendi lekarze idą do domu na kolację świąteczną, inni wracają, dostaję kolejne dawki oksytocyny i znieczulenia. W końcu przestaję dostawać znieczulenie. Nie dostaję nic do picia, na sali jest gorąco. Za zasłonką kolejne kobiety rodzą. Jedne dzieci są zdrowe, inne nie oddychają. A ja samotnie czekam. Jak eksponat. Nogi na podpórkach, co jakiś czas ktoś podejdzie, zajrzy. W końcu zaczyna się akcja porodowa. Jestem zmęczona, obolała, położne na mnie krzyczą, z końcówki porodu pamiętam, że były silne skurcze, zamknęłam na chwile oczy, a gdy je otworzyłam na zegarze było już 30 minut później a na moim brzuchu pojawił się mały przerażony człowiek. Przytulić, pocałować, oddać do umycia. Położna naciskając na obolały brzuch pomogła jeszcze wypchnąć łożysko a potem pozszywała mnie. Poszła. Ktoś mnie odwiózł do pokoju, ktoś przyniósł dziecko, po niemal dobie wreszcie mogłam się napić. Jeszcze dobę trwało warczenie na mnie, że nie ma pokarmu, że to, że tamto, że czemu wcześniej nikomu nie powiedziałam, że nikt m z pleców rurki od znieczulenia nie wyciągnął. Aż wreszcie dali mi spokój i wypuścili do domu. Depresja poporodowa trwała 10 miesięcy.
Stąd widmo drugiego takiego rollercoastera emocji i bólu przyprawiało mnie o mdłości. Tym razem pierwszy szpital omijaliśmy szerokim łukiem. Z mężem poszliśmy do niedawno wyremontowanej, polecanej przez znajome placówki. Wybadaliśmy teren, obejrzeliśmy ładne pokoje z wannami, prysznicami, piłkami. Lekarze patrzyli tradycyjnie jak na dziwolągów- Ale co pani chce tu oglądać? No dobrze, dobrze, niech pani tam pójdzie, ktoś pani pokaże- powiedzieli idąc dalej.
Dobre pierwsze wrażenie, dobre i drugie - z kolejnych badań KTG. Wreszcie nadszedł moment pierwszych regularnych skurczy. Piątek wieczór. Torba, taksówka, na izbę przyjęć. Wchodzimy, a pani rzuca „oj, coś mi tu pani na rodzącą nie wygląda”. Godzina na KTG, nic się nie zapisało, zastrzyk na rozluźnienie, godzina oczekiwania na ocenę stanu rzeczy i do domu. Proszę przyjechać jutro. Przyjeżdżamy, z bólami można się już oswoić, żartujemy, panie na izbie też żartują. Nasłuchują KTG, nic się nie zapisuje, wracamy. W niedzielę ból się nasila. Do tego stopnia, że nawet nie mam ochoty jechać do żadnego szpitala. Rodzę w domu i koniec, albo w ogóle nie rodzę. Rezygnuję, po co mi to. Albo jeszcze lepiej! Przeczekam i tym razem zrobią mi cesarkę,nic nie będę parła. Niestety, pakują mnie do taksówki i na izbę przyjęć. Ta sama lekarka, co w piątek podpina mnie pod KTG. Znów żaden skurcz się nie zapisuje, Sugeruje, że wcale jeszcze nie rodzę. Nie mniej dopada mnie kolejny skurcz i wrzeszczę z bólu. Pakują mnie na wózek, mąż asystuje, trzyma za rękę. Wpadamy do pokoju. Ja chcę prysznic, skakanie na piłce, a oni mnie na stół i dawaj, wkłuwać się w rękę. Procedury. Ja mam skurcze co 3 minuty, wyję z bólu, a oni dalej się wkłuwają, bo u mnie to nigdy nie było proste. Żądam znieczulenia, słyszę, że już za późno, kładziemy się na bok i przemy. Nie jest jednak za późno, by ktoś dalej nie próbował wkłuwać się w żyłę. Mąż mnie dopinguje. Pielęgniarka też, Położna już nic nie mówi... Za drugim razem ma być łatwiej. Jest szybciej, boli równie mocno. Zszywanie też. Ale po kilku chwilach i kilkunastu wycieńczających podejściach do wyparcia, mały człowiek jest z nami, nikt go nie zabiera, ma czas, by się wtulić, przyssać do mleka. Obolała ale pełna euforii szybko dochodzę do siebie. Ingerencja lekarzy i położnych ograniczona została do minimum. Opieka poporodowa była za to na medal, kochane pielęgniarki były miłe, uśmiechnięte, wyrozumiałe.
I mam tylko świadomość, że mogło być gorzej, bo zanim szczęśliwie wróciłam do domu, by urodzić w Warszawie, trafiłam na tydzień obserwacji w jednym z renomowanych wrocławskich szpitali. Lekarze regularnie spławiali mnie, nikt nie chciał wypisać do domu, choć nikt też nie powiedział, po co w zasadzie mają mnie obserwować. Serce mojego dziecka biło leniwie, ale na USG wszystko wychodziło prawidłowo. Absurdalne pobudki co 3 godziny, temperatura, KTG, kopie nie kopie, sen i znów. Absurdalne menu. Suchy chleb i pasztetowa na śniadanie, kartoflanka na obiad, suchy chleb i twaróg na kolację. I nie zapominajmy o własnych sztućcach. Przyjmował mnie pijany lekarz, który robił sobie żarciki o tatuażu na mojej ręce, wypisywano mnie za to dwa dni i ostatecznie nie wydano mi wszystkich dokumentów, rodzice musieli jechać do Wrocławia specjalnie po nie.
A sala porodowa duża, wyłożona zimnymi kafelkami, przerażająca. Dobrze, że na niej nie skończyliśmy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz