piątek, 27 maja 2011

Fabryka zwana porodówką

Porodówka w szpitalu to sprawnie działająca fabryka. Dzieci wyjeżdżają z wnętrza matki, są mierzone-ważone, ładowane do plastikowych mydelniczek na kółkach, przewożone na salę poporodową, dwa-trzy dni i papa, won do domku. Wszystko raz-raz, szybciutko.

I niby dobrze, bo rodzących dużo, trzeba więc szybko zwalniać miejsca dla kolejnych, a i szpital to nie miejsce dla zdrowego (nowego) człowieka. Mam jednak kilka „ale”.

Laski, które rodzą pierwsze dziecko często wychodzą do domu kompletnie zielone - nie wiedzą jak pielęgnować pępek (bo nikt im nie pokazał), ani jak kąpać malucha (w szpitalu nie ma kąpieli - tylko pospieszna wieczorna toaleta w rytm pokrzykiwań położnych: rozbierz dziecko-podaj pampersa-gdzie czapeczka?), a już zwłaszcza jak karmić piersią.

To ostatnie jest moim zdaniem najpoważniejszą sprawą - w kąpieli i pielęgnacji w razie czego pomoże mama/teściowa/babka zielarka. Ale pokolenie naszych matek nie ma bladego pojęcia o karmieniu cycem, więc tu na nie liczyć nie można. A parcie na karmienie naturalne jest, więc dziewczyny czują presję i frustrują się strasznie gdy im nie wychodzi. Zresztą powiedzmy sobie szczerze: karmienie cycem to opcja wygodna dla matki i zdrowa dla bachorka, więc warto o nie zawalczyć i po prostu się go nauczyć. To jest bowiem nowa umiejętność, którą musisz przyswoić - najlepiej pod okiem kogoś doświadczonego, kto będzie umiał rozwiązać twoje problemy. Niestety szpitalne położne cię w tym nie wesprą.

Czemu? Bo im się nie chce. Bo trzebaby każdej dziewczynie z tej przesuwającej się na fabrycznej taśmie masy poświęcić sporo czasu i energii. Łatwiej rzecz odfajkować a malucha, który ewidentnie nie ssie, mimo że bidula go przystawia do piersi, dokarmić sztuczną mieszanką. Bo tak szybciej i z głowy. Jutro z taśmy zjadą następne.

W szpitalu bielańskim, gdzie w kwietniu urodziłam moją drugą córeczkę tak to właśnie wyglądało - może w innych jest lepiej? Widziałam dziewczyny wypisane do domu i nie mające pojęcia, że dziecko, które uporczywie przystawiają do cyca w ogóle nie ssie, tylko gryzie im brodawkę. Widziałam położne, które doradztwo laktacyjne ograniczają do ściśnięcia ci cyca i stwierdzenia - no, mleko jest. A co z tym fantem zrobić, to już twoja broszka. Widziałam też położne, którym zapłacono za asystę i które jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zmieniały się w opiekuńcze anioły - przez całą noc ofiarnie pomagając dostawiać do piersi bliźniaki...

Sytuacji nie poprawia jedna (!) na całym oddziale wolontariuszka - doradczyni laktacyjna z prawdziwego zdarzenia - spokojnie i mądrze tłumacząca co i jak, pomagająca dobrać najwygodniejszą pozycję, poprawiająca ułożenie dziecka, obserwująca twoje zachowanie i wychwytująca ewentualne błędy. W pojedynkę nie obskoczy wszystkich bab. A przecież urodzić po ludzku to dopiero początek - potem trzeba jeszcze z tym dzieciorkiem po ludzku żyć...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz