Trochę się zdołowałam tą historią, napisaną tak lekko, łatwo i przyjemnie. A najgorsze jest to, że jeśli się nie przeżyje komfortowego porodu w komfortowych warunkach, to człowiek nawet nie ma pojęcia, jak to mogłoby i powinno wyglądać. I godzi się na to udawane po ludzku w państwowych szpitalach... A nie przekona się, jeśli kasy brak. Ostatnio moja bylejaka pani ginekolog z enel medu polecała mi szpital Medicover w Wilanowie. Że tam jest super ekstra kul, na europejskim poziomie. 12 tysięcy. I przekonywała, że tyle pewnie kosztują zagraniczne wakacje, na które w tym roku nie pojadę...
Ale wracajmy do cięć:
Nigdy nie chciałam rodzić*. Slogany reklamowe zwolenników naturalnych porodów, mówiące o pierwotnym i cudownym doświadczeniu jakoś nigdy mnie nie przekonywały. Doniesienia prasowe o anonimowych naukowcach, którzy odkryli, że dzieci urodzone w wyniku cesarki są gorsze, głupsze i chore na wszystkie choroby świata - takoż. Wiedziałam więc, że jedynym rozwiązaniem dla mnie jest cesarka. Ale jak to zrobić w naszym kraju?
Pierwsze dziecko urodziłam w prywatnej klinice - płacąc za ten przywilej kupę forsy oczywiście. Ale do dziś uważamy z konkubentem, że były to najlepiej wydane pieniądze w naszym życiu, a pobyt w Iatrosie (http://www.iatros.pl/) wspominamy jak najprzyjemniejsze wakacje.
Szymon był ze mną na sali operacyjnej, potem asystował przy ubieraniu córeczki, mi od razu dano dziecko, a po pół godziny od narodzin przystawiałam ją do piersi. Przez cały pobyt mieszkaliśmy sobie w trójkę w pokoiku a super miłe i pomocne położne uczyły nas wszystkiego, co powinniśmy wiedzieć o obsłudze nowego człowieka. Od razu też stawiano mnie na nogi - rano cięcie a wieczorem już o własnych siłach mogłam uczestniczyć w kąpieli dziecka. Zero stresu, zero przymusu za to dużo dobrej woli, pomocy i życzliwości.
Kiedy po raz drugi zaszłam w ciążę zamierzałam więc powtórzyć sprawdzony patent - jednak sprawy potoczyły się inaczej. W wyniku komplikacji trafiłam na ostatnie tygodnie ciąży na patologię w szpitalu bielańskim i było jasne, że tam urodzę. Pytanie: JAK?
Tamtejsi lekarze od początku próbowali mnie namówić na poród naturalny (czytaj: z cewnikiem folleya i oksytocyną - dziękuje, postoję). Strasznie się też krzywili, gdy na pytanie, dlaczego przy pierwszym dziecku była cesarka, prawdomównie odpowiadałam: BO CHCIAŁAM. Generalnie dano mi odczuć, że jestem durną babą, która boi się bólu (nie tylko panie lekarzu: także uszkodzeń okołoporodowych) - nękanie psychiczne skończyło się jak ręką odjął, gdy mój lekarz prowadzący zadzwonił do szefa ginekologii i położnictwa i poprosił żeby jednak zrobili mi tę cesarkę bez dalszych wygłupów. Po tej interwencji temat już nie wracał - ma być cesarka, koniec kropka: pani jest zakwalifikowana.
Jednak cesarka cesarce nierówna, o czym miałam okazję się przekonać. Wedle standardów szpitalnych** nie ma mowy o pobycie partnera na sali operacyjnej, gorzej, że lasce po cięciu dostarczają dziecko dopiero PO 24 GODZINACH!!! (w naszym przypadku było to jeszcze dłużej, bo malutka musiała spędzić trochę czasu w inkubatorze, ale to inna historia no i wynik tych komplikacji z którymi trafiłam do szpitala). Uzasadnienie: po cięciu nie będzie pani w stanie się nim zająć (no pewnie, jak ładujecie we mnie morfinę i nikt nawet nie próbuje mnie spionizować przez 12 godzin) oraz: kobieta po cięciu NIE MA LAKTACJI, więc i tak po co jej dziecko. Ten absurdalny przesąd o rzekomym braku laktacji słyszałam zarówno od lekarzy, jak i położnych i naprawdę tylko dobre wychowanie powstrzymywało mnie przed strzeleniem im mlekiem z cyca w oko. Może by najpierw sprawdzić, czy laktacja jest, czy nie, zamiast zakładać z góry wynik negatywny?
Całość sprowadza się do tego, że położne miałyby znacznie więcej pracy gdyby opiekowały się dziewczynami po cesarce tak jak te w Iatrosie. A położne jeśli im się nie zapłaci osobnej kasy (za asystę przy porodzie, albo opiekę przez pierwszą dobę po narodzinach maleństwa) nie kwapią się do pracy, niestety. Natomiast kiedy zainkasują, zmieniają się nie do poznania - od razu są gotowe przynosić dziecko, przystawiać je do piersi nawet na sali pooperacyjnej... Obrzydliwość, naprawdę.
Pieniądze są w ogóle podtekstem całej tej sprawy - NFZ przyznaje mniejszą refundację za cesarkę niż za poród tzw. naturalny (nawet jeśli naturę trochę się popędzi oksytocynką). Ergo: szpitalowi bardziej się opłaca przyjąć poród naturalny niz zrobić cięcię - stąd to parcie i nacisk. I wmawianie, że jesteś zła kobietą, bo domagasz się cięcią. Hipokryzja czystej wody.
*Może i bym chciała, gdybym żyła w kraju, w którym istnieją jakieś procedury porodowe. W którym poznajesz wcześniej lekarzy, którzy będą przyjmować poród i nie jesteś narażona na kontakt z przypadkowymi ludźmi i ich widzimisiami. I w którym nie przydarzy ci się to co mojej koleżance: przez kilkanaście godzin ładowano w nią oksytocynę mimo iż rozwarcie nie postępowało: od początku do końca wynosiło 1 cm. Mimo iż błagała o cięcie lekarz przekonywał ją, że na pewno urodzi, niech się jeszcze tylko trochę pomęczy. Na szczęście dla niej zmienił się lekarz dyżurny i ten nowy w 15 minut zarządził cesarkę - bo przecież nie można katować człowieka. Nie?
**Z tego co wiem z warszawskich szpitali tylko w Świętej Zofii jest inaczej i znacznie bardziej po ludzku: od razu dają dziecko, od razu można karmić. Natomiast zakwalifikowanie się do cięcia w tym mateczniku zwolenników naturalnych porodów jest trochę trudniejsze - co nie znaczy, że niemożliwe ;)
Ja rodziłam na Madalińskiego - też zakwalifikowana do cesarki - tylko tam ta kwalifikacja = spotkanie z ordynatorem (przyjmuje w poniedziałki). Trzeba się zapisać i przyjsc odpowiednio wczesnie - bo oczywiscie kilka godzin w poczekalni nie wyjęte.
OdpowiedzUsuńU mnie sam zabieg do przyjemnosci nie nalezal - ekipa zmeczona, nie szczedzili sobie zarcikow kompletnie nie na miejscu... Wszystko poszło szybciutko - chociaz kompletnie mnie czyms oszolomili i troche przysypialam troche nie mialam kontaktu z rzeczywistoscia...
Ale za to mala dostalam do piersi jak tylko wyladowalam na sali pooperacyjnej. Polozne cudowne (no moze z jednym wyjatkiem) pomagaly przy dziecku - przystawic do piersi, odlozyc do wozeczka... po 12h pionizacja i dziecie jest tylko twoje! Także sam zabieg dla mnie porazka - opieka po - szczerze polecam!