Dziś nie moje dane - u mnie na razie wszystko ok. Koleżanka, końcówka ciąży, wylądowała na oddziale patologii ciąży jednego z warszawskich szpitali. Pewnie jej pobyt nie różni się bardzo od innych szpitalnych doświadczeń, ale mnie akurat zajmuje ciąża i wszystko, co wokół. Chciałam tylko przypomnieć, że w ustalonym po kilku latach standardzie porodu, jasno napisali, że pacjentka ma prawo do informacji i do godnego traktowania. Tylko, rzeczywiście, jeden problem - koleżanka jeszcze nie rodzi...
Raport z obserwacji uczestniczącej
Leżę na oddziale patologii ciąży w jednym z warszawskich szpitali - mniejsza którym, bo myślę, że wszędzie jest w miarę podobnie. Gwoli uczicwości dodam, że ten cieszy się niezłą renomą - są tu naprawdę całkiem dobrzy medycy. Ale jak wiadomo osiągnięcia na polu czystej medycyny to jeszcze nie wszystko - samopoczucie pacjenta, w tym przypadku pacjentki z problemami w ciąży też powinno się liczyć. A raczej nie jest brane pod uwagę.
LEKARZE
Jako się rzekło: dobrzy medycy, znają się na swojej robocie. Jednak w kontakcie z pacjentem - beznadzieja. Nie chodzi nawet o jakiś brak empatii, zakładam, że to w większości sympatyczni i oddani swojej pracy ludzie. Problemem jest brak umiejętności komunikowania się z pacjentem i brak standardów dotyczących przekazywania informacji na temat stanu zdrowia.
Po pierwsze kontakt z lekarzem jest ograniczony do obchodu - zazwyczaj porannego, bo wieczorem jakiś zdyszany człowiek w kitlu wkłada głowę w drzwi, rzuca roztargnione: „Jak tam? Wszystko w porządku?” i leci dalej. Poza tymi uświęconymi tradycją okazjami lekarz jest w szpitalnej rzeczywistości Wielkim Nieobecnym.
Po drugie nawet jak już zdybiesz gdzieś doktora, to wyciąganie z niego newsów na temat wyników badań, czy dalszych planów terapii/zwolnienia do domu wymaga umiejętności policyjnej interrogacji. Jedna pani doktor po dziesiątym zadanym przeze mnie pytaniu powiedziała: „Ale pani to w logiczną całość układa”. No, ktoś przynajmniej próbuje.
Z moich obserwacji wynika, że zadawanie namolnych pytań, branie pod włos i sprzeciwianie się niepoważnemu traktowaniu (-panie doktorze to czemu nie moge pójść do domu? - a bo macica może się pani rozejść - seriously?! A jak często się to zdarza?) znacząco zmienia stosunek medyków do pacjenta. Na nieco bardziej konkretny i partnerski. A wydawałoby się, że pacjent nie musi fikać koziołków, by uzyskać podstawowe dane na temat swojego zdrowia.
POŁOŻNE
W sytuacji wiecznej nieobecności lekarza to pierwszy front medyczny z którym mamy do czynienia. I znów: większość to pewnie miłe dziewczyny, ale szpitalna robota wyrabia w nich odruchy robotnika przy taśmie. Wkłuć, zmierzyć, podłączyć rurkę, pobrać krew - na wszelki wypadek bez kontaktu z człowiekiem, na którym owe czynności są wykonywane. Prowadzenia prywatnych rozmów i chichranie się z koleżankami przy czekających grzecznie na swoją kolej do pobrania/zmierzenia etc. pacjentek - norma. Mówienie do dziewczyny, która rzyga, mdleje i ledwo dycha: „eee tam, przecież nie straciła pani przytomności” - to już raczej patologia.
ABSURDY
Nigdy nie zrozumiem czemu:
Leżę na oddziale patologii ciąży w jednym z warszawskich szpitali - mniejsza którym, bo myślę, że wszędzie jest w miarę podobnie. Gwoli uczicwości dodam, że ten cieszy się niezłą renomą - są tu naprawdę całkiem dobrzy medycy. Ale jak wiadomo osiągnięcia na polu czystej medycyny to jeszcze nie wszystko - samopoczucie pacjenta, w tym przypadku pacjentki z problemami w ciąży też powinno się liczyć. A raczej nie jest brane pod uwagę.
LEKARZE
Jako się rzekło: dobrzy medycy, znają się na swojej robocie. Jednak w kontakcie z pacjentem - beznadzieja. Nie chodzi nawet o jakiś brak empatii, zakładam, że to w większości sympatyczni i oddani swojej pracy ludzie. Problemem jest brak umiejętności komunikowania się z pacjentem i brak standardów dotyczących przekazywania informacji na temat stanu zdrowia.
Po pierwsze kontakt z lekarzem jest ograniczony do obchodu - zazwyczaj porannego, bo wieczorem jakiś zdyszany człowiek w kitlu wkłada głowę w drzwi, rzuca roztargnione: „Jak tam? Wszystko w porządku?” i leci dalej. Poza tymi uświęconymi tradycją okazjami lekarz jest w szpitalnej rzeczywistości Wielkim Nieobecnym.
Po drugie nawet jak już zdybiesz gdzieś doktora, to wyciąganie z niego newsów na temat wyników badań, czy dalszych planów terapii/zwolnienia do domu wymaga umiejętności policyjnej interrogacji. Jedna pani doktor po dziesiątym zadanym przeze mnie pytaniu powiedziała: „Ale pani to w logiczną całość układa”. No, ktoś przynajmniej próbuje.
Z moich obserwacji wynika, że zadawanie namolnych pytań, branie pod włos i sprzeciwianie się niepoważnemu traktowaniu (-panie doktorze to czemu nie moge pójść do domu? - a bo macica może się pani rozejść - seriously?! A jak często się to zdarza?) znacząco zmienia stosunek medyków do pacjenta. Na nieco bardziej konkretny i partnerski. A wydawałoby się, że pacjent nie musi fikać koziołków, by uzyskać podstawowe dane na temat swojego zdrowia.
POŁOŻNE
W sytuacji wiecznej nieobecności lekarza to pierwszy front medyczny z którym mamy do czynienia. I znów: większość to pewnie miłe dziewczyny, ale szpitalna robota wyrabia w nich odruchy robotnika przy taśmie. Wkłuć, zmierzyć, podłączyć rurkę, pobrać krew - na wszelki wypadek bez kontaktu z człowiekiem, na którym owe czynności są wykonywane. Prowadzenia prywatnych rozmów i chichranie się z koleżankami przy czekających grzecznie na swoją kolej do pobrania/zmierzenia etc. pacjentek - norma. Mówienie do dziewczyny, która rzyga, mdleje i ledwo dycha: „eee tam, przecież nie straciła pani przytomności” - to już raczej patologia.
ABSURDY
Nigdy nie zrozumiem czemu:
- Trzeba budzić pacjentki o 6.00 rano żeby im zmierzyć temperaturę/ciśnienie i inne takie. A potem się je zostawia na 3 godziny w spokoju aż do obchodu. Jakby ta cała procedura odbywała sie o 8.00 to ktoś by ucierpiał?
- Do specjalistycznego badania USG wysyła się całą grupę pacjentek z patologii po to, żeby siedziały w szlafroczkach i świeciły gołym tyłkiem pod drzwiami gabinetu pod ktorym czekają też pacjenci przychodzący spoza szpitala. Nie można tego jakoś zaplanować, ustalić godzin?
- Podejmuje się działania, które wcale nie są konieczne. Przykład: przyjmują pacjentkę u której stwierdzono małowodzie - czyli dziecku grozi, że się udusi z powodu zbyt małej ilości wód płodowych. Mimo dobrego odczytu KTG i bez potwierdzenia tej diagnozy lekarze decydują się wywoływac poród. Wkładają dziewczynie do szyjki macicy tzw. cewnik Folleya: sporych rozmairów piłeczkę wypełniona cieczą, która ma pobudzić aktywność szyjki. Dziewczyna źle znosi ból, wymiotuje, mdleje, tylko dzięki pomocy męża nie rozbija sobie głowy w łazience. Po kilku godzinach męczarni wyjmują cewnik. Następnego dnia robią badania, dochodzą do wniosku, że żadnego małowodzia nie ma i są gotowi wypisać laskę do domu... Czy rozpoznanie nie powinno poprzedzać działania w wypadkach, gdy nie ma jakiegoś bezpośredniego zagrożenia życia? Po co fundować komuś taki hardkor?
- Kobiety w ciąży karmi się wędliną z tesco za 1.99 i skąpi choćby na plasterek pomidora. Serio: na szpitalnym wikcie można się dorobić awitaminozy, bo warzywo występuje tylko pod postacią wygotowanego buraczka tudzież szpinakowej mazi. Rozumiem ograniczenia budżetowe, ale ciężarne lepiej by wyszły na zjedzeniu marchewki i białego sera zamiast tych słonych jak sam skurwysyn wyrobów wędlinopodobnych.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz