Tak, wiem. Hormony buzują, wspaniale nie będzie. Albo będzie - czasem, ale czasem też dół. Na razie nie wiem, jak wypadają statystyki, bo godzinowo tego nie rozpisuję, teraz mam dół. I wkurza mnie:
- fakt, że wszyscy mi gratulują, jakby zajście w ciążę było najważniejszą rzeczą, jakiej udało mi się dokonać w życiu (będę teraz okropna i podła, ale naprawdę, w moim przypadku naprawdę nie wymaga to żadnych specjalnych zabiegów. Trach i po robocie, jestem w ciąży)
- że nie mogę iść na ten fitness co zwykle i uchetać się (uhetać?) jak na polu, bo po takich ćwiczeniach, które sprawiają mi najwięcej przyjemności, dochodzę do siebie dwa dni
- że przestaję chyba być kimś ważnym w pracy, a z rynku to właściwie wypadnę na nie wiem jak długo. Większość, tak czuję, traktuje mnie jako coś przejściowego, co zaraz wyląduje w domu i nie trzeba się z tym kimś liczyć (a może to moja hormonalna paranoja?)
- że nie wiem, czy powinnam jechać na narty, bo wszyscy mnie straszą, że jestem durna i że powinnam się zastanowić, co jest najważniejsze (ja jestem najważniejsza!)
- że zaczyna mi rosnąć brzuch, na razie malutki, ale już go widzę, jak się panoszy i wszystko utrudnia (na razie utrudnia mi robienie brzuszków prostych, które są wielce niewskazane, bo mogą wywołać skurcze. Już utrudnia, a jeszcze jest bardzo malutki)
- że laski opowiadają na ogół, że w ciąży to są na totalnym haju i że to dla nich total full szczęście takie dziecko, i że nie mają żadnych problemów z poświęcaniem mu tego wszystkiego, co trzeba poświęcić, bo przecież, przecież...
Ja tego właśnie nie czuję. Po pierwsze - że to coś we mnie to dziecko i że takie szczęście mnie w związku z tym dotyka. I czuję się bardzo, ale to bardzo głęboko poszkodowana.
dlatego to trwa 9 miesiecy,a jesli chodzi o haj w ciazy ,hm to raczej raz super a raz cholerny strach, tak bylo ze mna
OdpowiedzUsuńa o rynku pracy nie wspomne;)